czwartek, 23 grudnia 2010

... z codziennym życiem, które rozpoczęło się od października, musiałam trochę moje życie przeorganizować. Na pewne rzeczy nie stracza miejsca, wśród nich jest właśnie blog, stąd moje przedłużające się milczenie. Ale ja w zasadzie nie o tym chciałam, bo dziś przyszłam do Was z życzeniami.

Niech te Święta będą radosne, pełne piękna i spokoju. Niech będą takie, o jakich marzycie i za jakimi tęsknicie. Niech będą tak wyczekiwane, jak te z Waszego dzieciństwa. Wszystkiego, wszystkiego, wszystkiego dobrego!

piątek, 01 października 2010

Tydzień na Malcie uświadomił mi, że gdziekolwiek się nie udam, zastana rzeczywistość zawsze mi się w jakiś tam sposób podoba. Wiadomo, że jedne miejsca zapadają mi w pamięci bardziej, inne mniej, ale z każdego przyjeżdżam bogatsza o nowe wrażenia, spotkania czy smak jedzenia. Dla mnie podróże, to nie tylko odwiedzanie takich pięknych miejsc jak Luwr, Koloseum czy Tower Bridge (na marginesie, to żadnego nie widziałam), ale najczęściej zapuszczanie się w zakątki, na które mam akurat ochotę, czy to na klify, o których mało kto słyszał, czy do ogrodów, które są praktycznie opustoszałe, czy do miasteczek, gdzie dziury na drodze straszą swą głębokością, obok budynków walają się sterty gruzy, a ja jednak czuję, że jestem bliżej serca danego kraju niż gdybym stała przed Koloseum, Luwrem czy Tower Bridge w jednym. ;)

dingli1

klify w okolicach Dingli...

dingli2

...wzdłuż których biegła ta droga.

Było kilka takich momentów podczas mojego pobytu na Malcie, kiedy rezygnując z publicznego transportu włóczyłam się wzdłuż drogi próbując dotrzeć z punktu A do punktu B i oglądałam kraj z zupełnie innej perspektywy. Czułam dokładnie to samo uczucie euforii, jakie towarzyszyło mi rok temu, kiedy będąc w Czarnogórze wybrałyśmy się ze Starego Baru nad Jezioro Szkoderskie, gdzie poza dwójką Francuzów nikt z turystów, którzy tak licznie oblegali plaże wzdłuż Zatoki Kotorskiej, nie zapuścił się w te rejony.

Na liście moich ulubionych sposobów przemieszczania się obok samolotu i roweru stoją moje własne nogi. W ten sposób mogę przemierzać naprawdę zaskakująco długie (nawet dla mnie samej) odcinki. Obok map i przewodnika, buty znajdują się w czołówce rzeczy, na które zwracam szczególną uwagę, gdyż jeśli nie są wystarczająco wygodne i nie pozwalają mi na pokonywanie moich dziennych maratonów, czuję się lekko sfrustrowana.

dingli3

w drodze przez rolnicze zakątki Malty...

buskett

... i przez jej zielone serce, czyli zadrzewienia w okolicach Buskett.

Malta składa się z wielu zakątków, gdzie można nacieszyć oczy pięknem architektury, plaż,  roślin, ale jeśli tylko zboczymy z turystycznych szlaków, znajdziemy jej inną twarz, która czasem nie jest pociągająca, ale jest częścią tego kraju tak samo, jak wszystko to, co nas zachwyca swą urodą.

Nad rolniczymi zakątkami Malty unosi się często odór naturalnego nawozu. Idąc wzdłuż drogi nie sposób od niego uciec. Boczne drogi też nie wydają się tak zadbane, jak główne węzły drogowe łączące miasta. Koło domków rolników, czasem wręcz tak szokująco małych, że nawet ciężko sobie wyobrazić jak mogą pomieścić więcej niż dwie osoby, sterty śmieci zastępują ogród, który na maltańskiej suchej ziemi może być luksusem tylko dla tych, których stać na regularne nawadnianie roślin. Spękana, skalista ziemia i śmieci – ten obraz towarzyszył mi prawie zawsze w moich pieszych wędrówkach. Napotkani ludzie, których często musiałam zagadywać o drogę, gdyż w miasteczkach ciężko czasem było znaleźć jakiś drogowskaz, też nie wyglądali na takich, których życie rozpieszcza. Daleko im na pewno było do stylu życia mieszkańców Sliemy czy Valletty. Kiedy odrywałam ich od pracy, czasem na głos nie kryli zdziwienia nad nazwą miejscowości, do której zmierzałam, bo nie okazywały się być miejscami głównych pielgrzymek turystów. Mało uczęszczane drogi prowadziły mnie do miejsc ciekawych, nieraz bardzo pięknych, a ja podążając nimi odnajdywałam Maltę taką, jaką (jestem pewna!) nigdy nie poznałabym z okien autobusu.

buskett2

ogrody w Buskett, gdzie można zgubić się w zielonej ciszy

dingli4

sucha ziemia z wapieniami w okolicach Dingli

rabat1

typowa uliczka widziana w drodze do Rabat z domkiem z wapienia na jej końcu

sobota, 25 września 2010

Nie wiem czy na długo do blogowego świata, ale do spokojniejszego życia z pewnością. Po tych kilku tygodniach września czuję się bardziej zmęczona niż po czerwcowej, niekończącej się sesji, ale tyle wrażeń mi one dostarczyły, że jeszcze długo będą wracać do mnie w ciągu nadchodzącej jesieni. Na razie powolutku przeglądam zdjęcia próbując je poukładać obok wspomnień i z tych właśnie wspomnień mam nadzieję, że jednak coś tu powstanie... Póki co takie oto krótkie zapiski tego, co zamknęłam na zawsze na karcie aparatu i w sercu.

malta

Valletta widziana od strony Sliemy

Bieszczady

Bieszczady (z dedykacją dla Invitady)

wtorek, 07 września 2010

...lata i jesieni zawsze czuję, że coś bezpowrotnie mija. W tym roku uczucie jest tym silniejsze, że lato tak szybko mi minęło, nawet nie wiem kiedy.

Początek sierpnia spędziłam szukając nowego mieszkania, potem krótki powrót do domu i znów pakowałam plecak i jechałam w góry. Pierwsze kilka dni to pobyt w chatce bez prądu, za to z piecem, który dawał przyjemne ciepło, kiedy po dniu badań wracałam zagrzać sobie wodę do mycia i ugotować coś do jedzenia. W górskich ostępach zbierałam pajęczyny zawieszone na gałęziach, a tropy wilków, jeleni i dzików były jedynymi śladami życia, jakie spotykałam. Żadnych ludzi! Po tych kilku dniach, kiedy opuściłam moją chatkę, a udałam się w inne miejsce i na szlaku spotkałam pierwszą osobę, poczułam... radość i jakiś rodzaj ulgi. Pomimo iż lubię samotność i moja potrzeba własnej przestrzeni jest silna, to jednak zupełna izolacja na więcej niż kilka dni nie jest tym, czego mi trzeba. Może po prostu jestem już typową przedstawicielką naszej generacji, otoczoną ludźmi i środkami masowego przekazu, więc jeśli raz dziennie sobie z kimś porządnie nie pogadam, albo chociaż nie zamienię paru słów, czuję jakiś rodzaj pustki. Druga część pobytu choć też spędzona bez prądu, to jednak zdecydowanie bliżej drugiego człowieka. Tu nawiązałam nowe znajomości z ludźmi, którzy z różnych powodów na kilka miesięcy czy tygodni osiadli w górach. Drugi tydzień poza badaniami był właśnie poznawaniem ludzi i to z tej dobrej, serdecznej strony. Teraz już wiem, że herbata zupełnie inaczej smakuje, jeśli można ją wypić z drugą osobą.

Sierpień zatem był miesiącem zabieganym, bez wypoczynku i takich prawdziwych wakacji. A jednak wypoczywałam, na swój własny sposób, chociażby z kubkiem herbaty przed chatką. ;) Sierpień był miesiącem bez żadnych dalekich podróży. A jednak odbyłam w nim jedną z najważniejszych podróży w życiu – w głąb siebie. :)

A dziś wieczorem pakuję plecak i jadę na zasłużony (mam nadzieję) wypoczynek. ;)

wtorek, 03 sierpnia 2010

...padający nieustannie w minionym tygodniu pokrzyżował moje plany. Wróciłam do Smoczego Miasta wcześniej niż zakładałam, a to znaczy, że będę musiała jeszcze raz udać się w góry, żeby skończyć to, co zaczęłam.

Na nowo odkrywam, że rok temu w październiku moje życie nabrało takiego rozpędu, że przemijający miesiąc zdaje się być zaledwie chwilą. A może tak to jest, że z każdym upływającym rokiem, czas zamiast zwolnić, gna naprzód niestrudzenie?

Scena pożegnania Lisa i Małego Księcia o włosach w kolorze zboża jest dla mnie jedną z najbardziej poruszających w całym opowiadaniu Antoine de Saint-Exupery'ego:

- Ach - westchnął Lis - będę za tobą płakał.

- To twoja wina - odparł Mały Książę - Nie miałem zamiaru zrobić ci krzywdy, sam chciałeś, żebym cię oswoił.

- No pewnie - przyznał Lis.

- A teraz będziesz płakał!

- No pewnie - powtórzył Lis.

- A więc nic na tym nie zyskałeś!

- Owszem, zyskałem - odpowiedział Lis - chociażby kolor zboża.

I tak sobie myślę, jak bardzo czasem sobie nie zdaję sprawy z tego, jak konkretne osoby mają duży wpływ na moje życie. Jak wiele "zyskuję", jak bogatsza się staję. Czasem może lepiej nie zastanawiać się, co można dać drugiej osobie. Tylko być obok i dawać.

A póki co dramatis personae mojego życia jest bogatsze o kolejną osobę. :)

g1

g3

g4

g5

g2

... i to by było tyle górskich inspiracji jak na ten wyjazd w teren.

wtorek, 06 lipca 2010

...już spakowany i jutro zostawiam zgiełk miasta. Urlop to nie będzie, ale i tak wiem, że biegając po lesie, mierząc, zapisując, będę miałam z tego wiele frajdy. Bo przecież właśnie po to wybrałam rok temu tę ścieżkę. Chociaż nie lubię systemu szczebli kariery naukowej, pisania podań o granty, wyścigu kto więcej opublikował, więcej referatów na konferencjach wygłosił, lubię to, co robię. I dopóki będę czerpać z tego przyjemność, dam sobie radę z systemem. Przynajmniej mam taką nadzieję. :)

Dzisiaj wieczorem spotykając się z tymi, których przez ten rok widywałam rzadziej, rozpoczynam sezon wakacyjny, Wam również życząc udanych urlopów, ciekawych podróży i spokojnych powrotów.

poniedziałek, 05 lipca 2010

...to dawno temu, kiedy jeszcze magnetofony i walkmany były w powszechnym użyciu, a discmany zaczynały powoli podbijać rynek (pamiętacie jeszcze te czasy? ;)). Pewnego czerwcowego popołudnia, kiedy poczta polska jeszcze dostarczała mi wszystkie przesyłki, przyszła niewielka paczuszka opatrzona "krzaczastymi" stemplami. W środku, zawinięta w folię, znajdowała się taśma magnetofonowa, prezent na moje urodziny od dziewczyny z dalekiego kraju, którego nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam kiedykolwiek zobaczyć. Po włożeniu jej do magnetofonu rozbrzmiał obcy język, który dziś już nie jest tak obcy jak wówczas, jednak wciąż tak samo zachwyca swoją melodyką brzmienia. Owa taśma była moją pierwszą przygodą z zespołem Pizzicato Five.

W czasach kiedy jeszcze Internet w Polsce był rzeczą nową, a nikt nawet nie śnił, że powstanie coś takiego jak youtube, te kilka piosenek, które wtedy otrzymałam w prezencie były moim pierwszym spotkaniem z rozrywkową muzyką japońską, nie licząc kilku czołówek anime emitowanych w latach 90-tych przez telewizję polską. Taśma została tak wiele razy przesłuchana, że słowa poszczególnych utworów znałam niemal na pamięć. Zapisywałam je w notesie tak, jak umiałam, czyli posługując się polską fonetyką, bo pojęcie transkrypcji Hepburna było mi wtedy nieznane. Kilka dni temu robiąc porządki w zeszytach z czasów szkolnych, które upchnięte i zaklejone w kartonach, zabierały cenne miejsce w domu, odnalazłam także i ów notes. Z wypiekami na twarzy prześledziłam wszystkie pomyłki moich pierwszych prób rozszyfrowania języka, który już wtedy mnie fascynował. Po odnalezieniu zeszytu przyszedł również i czas, aby  odszukać też taśmę i zanurzyć się we wspomnieniach. Od tamtego czasu upłynęło już sporo lat. W moim życiu wiele się zmieniło, ale to pierwsze spotkanie z muzyką Pizzicato Five zaowocowało przyjaźnią na długie lata.

Pizzicato Five, zespół z bardzo długim stażem, został rozwiązany w 2001 roku, zanim jeszcze dobrze zdążyłam się z nim zapoznać. Przez te kilkanaście lat swojej działalności (1985-2001) zdobył dużą popularność nie tylko w Japonii, ale również zaistniał na amerykańskim rynku. Pizzicato Five to zespół, który niewątpliwie miał własny pomysł na swój image. Już sama nazwa zespołu jest oryginalna, podobnie jak tytuły największych przebojów ("Message Song","The Audrey Hepburn Complex", "Playboy Playgirl","Baby Portable Rock"), co w połączeniu z wizerunkiem zespołu nawiązującym do późnych lat 50-tych i 60-tych oraz ciekawą muzyką sprawia, że Pizzicato Five nie jest "jednym z wielu".

Pizzicato Five potrafi kreować nowy świat nie tylko z dźwięków. Butelka wina postawiona na stole tarasu staje się tematem opowieści o pięknie zamkniętym w chwili ("Drinking wine"), żółty rolls royce zaparkowany przed wejściem do domu jest symbolem pustego życia, z głową ciężką od alkoholu i porankami w obcym łóżku, życia, w którym potrafimy już tylko naciskać pedał gazu ("Rolls Royce"), opis rutyny dnia codziennego staje się terapią uzdrawiającą, pomagającą stanąć na własnych nogach i żyć samodzielnie ("Ma Vie, L'Ete de Vie"), "Perfect World" stanowi radosne "memorandum" życia, a niestrudzenie padający deszcz wprowadza nas w nastrój radosnego oczekiwania, którego nawet zimne krople deszczu nie potrafią ostudzić ("Rain song"). Może właśnie ta wielość rzeczywistości, która przekłada się na historie zamknięte w dźwiękach piosenek jest tym, co teraz tak cenię. Chociaż wszystko i tak zaczęło się od muzyki...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

* pizzicato - jedna z technik artykulacyjnych wykorzystywana podczas gry na instrumentach smyczkowych, polegająca na szarpaniu struny palcem.

* transkrypcja Hepburna - zapis pisma i dźwięków języka japońskiego przy pomocy alfabetu łacińskiego.

wtorek, 29 czerwca 2010

...wygląd strony Google przypomniał mi, że dzielę datę swoich urodzin z jednym z moich ulubionych pisarzy.

Dzień urodzin niby nie różni się od pozostałych dni w roku. Nie przybywa mi w tym dniu ani zmarszczek, ani mądrości, którą podobno również zdobywa się wraz z upływem lat. Mój dzień urodzin nie różni się niczym specjalnym od pozostałych 365 dni w roku, może tylko ilością słońca i ilością odbieranych telefonów. A jednak dwadzieścia parę lat temu coś się zaczęło, zaczęło się DLA mnie. Mogę krzywić się na dźwięk słowa przyjęcie urodzinowe, mogę celebrować szczególnie ten jedyny dzień w roku. Tak naprawdę to nie ma znaczenia. Cokolwiek jednak bym nie myślała o dniu urodzin, zawsze do mnie wraca to jedno słowo - cud. Który miał początek dwadzieścia parę lat temu i trwa do dziś.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13