środa, 03 lutego 2010
...z Herceg Novi wzdłuż Zatoki Kotorskiej wcinającej się w czarnogórski ląd, poruszamy się po serpentynach asfaltu. Po prawej stronie rozciąga się błękit Adriatyku, w oddali majaczy przeciwległy brzeg. Jeśli tylko dobrze wytężymy wzrok, dostrzeżemy zwartą zabudowę białych domków tworzących mniejsze lub większe miejscowości przycupnięte niemalże nad brzegiem morza. Ale nie one były celem mojej podróży, choć niejednokrotnie miałam ochotę zakrzyknąć do kierowcy, żeby mnie wysadził - tu i teraz. Moje oczy wypatrywały Kotoru w nadziei, że może już niebawem wyłoni się zza zakrętu. Jednak droga zwodziła mnie nieustannie, bo kiedy już miałam wrażenie, że zacznie zakręcać i wreszcie poczuję, że przybliżamy się do drugiego brzegu, zza kolejnego zakrętu wyłaniał się następny, a po nim kolejny i kolejny... Linię brzegową Boki Kotorskiej niektórzy porównują do norweskich fiordów. Ze względu na górski charakter kraju składa się ona jakby z kilku zalewów połączonych cieśninami, a cała trasa wzdłuż brzegu morza jest niezwykle malownicza. Na tyle piękna, żeby sobie zasłużyć na miejsce na liście UNESCO. Także i Kotor doczekał się tego wyróżnienia.
Kotor to plątanina wąskich uliczek, po których nie poruszają się samochody, za to po wyślizganych kamieniach spacerują ludzie i biegają zwierzęta. Kotor to również domy o czerwonych dachach i ścianach z szarego kamienia. Czasem poruszając się po tym labiryncie natrafiamy na plac z cerkwią bądź kościołem, bo Kotor to miasto, gdzie obok siebie spokojnie egzystuje prawosławie i katolicyzm. Domy miasta wcinają się w masyw Lovćen, więc gdy zapuścimy się głębiej, uliczki zaczynają prowadzić nas pod górę. Podobno w tej plątaninie nawet przewodnicy się gubią, ale ja zaufałam mojemu zmysłowi orientacji i ani na chwilę nie straciłam obranego kierunku.
Nad miastem wznoszą się mury obronne z twierdzą św. Jana, która jest widoczna już z okien autobusu. Pierwsze fortyfikacje powstały w Bizancjum, a kolejne kamienie pozostawili Wenecjanie i Austriacy. Nie jednak same mury mnie przyciągnęły do godzinnej wędrówki w góry, ale pocztówkowy obraz tego, co zobaczę, kiedy już znajdę się na szczycie. Dotarłam tam po zachodzie słońca, choć wciąż było na tyle jasno, abym na zawsze mogła wyryć w pamięci obraz zatoki rozciągającej się pode mną.
Zapadający zmierzch okrył i mury i mnie, bo tak bardzo nie chciałam stamtąd wracać do gwaru znajdującego się w dole. Zapatrzona w dachy miasta nagle doznałam olśnienia: przecież przy wejściu była brama, którą lada chwila mogą zamknąć, a wtedy spędzę noc w górach! Droga powrotna trwała zdecydowanie krócej od tej pod górę, choć obyło się bez skręcenia kostki, kiedy biegłam w dół po śliskich kamieniach. Będąc już u celu odetchnęłam z ulgą - drzwi zostawiono otwarte. Widocznie ktoś pamiętał, że dwie osoby zamarudziły w górach trochę dłużej. ;)
zachodzące słońce rzuca długie cienie...
poniedziałek, 01 lutego 2010
...to dwa japońskie filmy, które jakiś już czas temu udało mi się obejrzeć. Pierwszy (reż. Yōjirō Takita) był zdobywcą Oskara w 2008 roku za film nieanglojęzyczny, drugi (reż. Eriko Kitagawa) to produkcja niszowa z roku 2009, ale przyznam się szczerze, że to właśnie na ten od dłuższego czasu polowałam. Zacznijmy jednak od oskarowego laureata... Daigo Kobayashi jest wiolonczelistą średniej klasy grającym w podrzędnej orkiestrze. Kiedy dowiaduje się, że wkrótce ma ona zostać rozwiązana, z dnia na dzień zostaje bez pracy i bez perspektyw na przyszłość. Po rozmowie z żoną postanawia sprzedać instrument i powrócić w rodzinne strony do sennej mieściny, aby tam spróbować znaleźć jakąś odpowiednią pracę dla siebie. Na miejscu jednak okazuje się, że poszukiwania pracy wcale nie są takie proste, jakby się mogły wydawać. Jedyna oferta znaleziona w gazecie, która nie wymaga doświadczenia, dość enigmatycznie opisuje rodzaj pracy jako "pomoc w podróżach". Czyżby to była agencja turystyczna? Daigo udaje się tam pełen nadziei, ale na miejscu dowiaduje się, że mylnie zinterpretował treść, a firma szuka osoby pomagającej przy ceremoniach pogrzebowych, a do obowiązków przyszłego pracownika ma należeć obmycie, jak i ubranie zwłok przed samym pogrzebem. Chociaż niechętnie, ostatecznie decyduje się przyjąć ofertę ze względu na wysoką pensję. Ukrywa jednak rodzaj swojej pracy przed żoną, jak i znajomymi i sąsiadami, mówiąc, że pomaga przy ceremoniach ślubnych*. Powoli bohater zaczyna odzyskiwać energię do życia. Odnajduje swoją wiolonczelę z dzieciństwa i na nowo zaczyna zatracać się w muzycznym świecie. Zauważa, że jego praca przynosi mu radość i już przestaje chodzić jedynie o wysoką pensję. Balansując w świecie żywych i zmarłych zaczyna dostrzegać, że człowiek nawet po śmierci jest pełen szacunku, że jego życie nie kończy się z ostatnim oddechem, bo wciąż żyje w umysłach tych, którzy pozostają. I wtedy właśnie wychodzi na jaw jego profesja. Znajomi odsuwają się od niego, a żona nalega, aby zrezygnował ze swojej profesji. Kiedy Daigo nie zgadza się na jej warunek, odchodzi od niego...
"Okuribito" ("Departures") nie jest filmem, który traktuje tylko o śmierci. Nie przedstawia on żadnej wizji życia po śmierci, choć można się domyślać, że przesiąknięta buddyzmem Japonia raczej składnia się ku reinkarnacji, ale nie to jest kluczowe w tym obrazie filmowym. Dotyka on bardziej samej naszej wiary w to, że istnieje coś poza granicami życia. Piękne ceremonie pogrzebowe, które są pewnym egzotycznym akcentem dla europejskiego widza, skłaniają do refleksji jak wiele godności zachowuje człowiek, nawet jeśli do świata żywych już nie należy i jak wiele szacunku można mu okazać w jego ostatniej drodze. Z drugiej strony "Okuribito" to opowieść o życiu, o tym co pozostaje, nawet kiedy naszych najbliższych już z nami nie ma. Wędrując z głownym bohaterem po rodzinach zmarłych, reżyser ukazuje, jak różne są ludzkie reakcje na te najboleśniejsze straty w naszym życiu. To także opowieść o miłości i przebaczeniu, które z tej miłości wypływa. Piękne obrazy zmieniających się pór roku, cudowna muzyka wpleciona w kadry podkreśla melancholiczny nastrój filmu. Naprawdę bardzo, bardzo polecam! Halfway jest filmem z ciekawie poprowadzoną narracją, jednak przyznaję, że trochę mnie rozczarował. Spodziewałam się odnaleźć w nim ów niepowtarzalny klimat, jaki dostarczyły mi inne japońskie filmy ("Tennen Kokkeko", "One million yen girl", czy "Rainbow Song") i w pewien sposób go w nim odnalazłam, jednak tym, co mi chyba najbardziej przeszkadzało, była poszatkowana akcja. Historia jest bardzo prosta - opowiada o dwójce licealistów. Ona podkochuje się w nim już od dłuższego czasu. On pewnego dnia przypadkiem dowiaduje się o jej uczuciach względem niego i okazuje się, że również ona nie jest mu obojętna. Tak zaczyna się ich historia, ale film bynajmniej nie jest romantyczną opowiastką. Jest to opowieść o dokonywaniu wyborów, w których trudno znaleźć to lepsze rozwiązanie. Kiedy ona przypadkiem dowiaduje się, że on postanowił składać podanie o przyjęcie na jeden z najlepszych tokijskich uniwersytetów, jest rozczarowana, że nie dowiedziała się tego od niego. Sama wybiera się na miejscową uczelnię, czy zatem wraz z ceremonią zakończenia szkoły, ich znajomość także dobiegnie końca? Czując, że traci grunt pod nogami, w przypływie emocji prosi go, aby zrezygnował z wyjazdu i wraz z nią wstąpił na miejscowy uniwersytet.
Cała akcja "Halfway" skupia się generalnie na emocjach. Na ile powinniśmy zrezygnować z siebie na rzecz tej drugiej osoby? Czy jest jakieś wyjście pośrednie, czy może zawsze któraś ze stron będzie tą, która musiała poświęcić więcej? Radząc się przyjaciół czy nauczycieli ostatecznie oboje sami muszą sie zmierzyć z pytaniem: co tak naprawdę uczyni ich szcześliwszymi - rozłąka na kilka lat, czy pozostanie razem, a zapewniam Was, że film nie daje żadnych prostych rozwiązan. "Halfway" mogę z czystym sumieniem polecić jako uprzyjemnienie zimowego popołudnia. Kino do bardzo ciężkich nie należy, a i podumać przy nim trochę można - ot, taka krótka opowiastka pozwalająca przenieść się myślami do szkolnej ławy.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------- *w Japonii jeszcze do niedawna osoby zajmujące się zawodami związanymi bezpośrednio ze śmiercią, takimi jak grabarz czy rzeźnik, były uważane za nieczyste. Obecnie mimo iż izolacja osób, które parają się tymi zawodami nie jest już tak widoczna, to wciąż wzbudzają oni pewnego rodzaju niechęć w reszcie społeczeństwa. Natomiast dużym problemem jest dyskryminacja potomków "osób nieczystych", zwanych burakuminami 部落民. Mimo iż japońska konstytucja gwarantuje im pełną równość, dyskryminacja dosięga każdej sfery ich życia, począwszy od nierównego dostępu do edukacji i pracy, na społecznej izolacji (do niedawna zamieszkiwali specjalne wioski) kończąc. Nadal w Japonii można dostać spis imion i nazwisk burakuminów. Lista, mimo iż zakazana, służy wielu pracodawcom, dyrektorom szkół, a także przyszłym teściom do weryfikowania korzeni potencjalnego kandydata do pracy, szkoły czy do rodziny.
niedziela, 17 stycznia 2010
...miesiąca przebiegło, nawet nie wiem kiedy. Póki co żyję sesją. Najcięższe dwa tygodnie przede mną - pierwszy, w którym czekają mnie zaliczenia z trzech języków, potem drugi z dwoma egzaminami i na dokładkę zaliczeniem z czwartego języka, a w między czasie trzeba kiedyś skończyć publikację, bo termin goni, aj! Intensywne przemieszczanie się ostatnimi czasy pomiędzy Wielkopolską i Małopolską też nie należy do rzeczy przyjemnych, bo kto śledzi na bieżąco sytuację na polskich torach, ten wie, że bywa kiepsko. Wczoraj miałam dotrzeć do celu o 21. Dotarłam dnia dzisiejszego o godzinie trzeciej i to dzięki pomocy znajomych, którzy przeszukując Internet, dzwoniąc na informacje, cudem "wyciągnęli" mnie z miasteczka znajdującego się gdzieś w środku Polski, gdzie pociąg stanął i postanowił nie ruszyć się ani o centymetr dalej. W pociągu żadnych informacji nie potrafili mi udzielić, a i kultura pani konduktor dawała wiele do życzenia. Cóż, ważne, że już jestem i nie marznę gdzieś na dworcu modląc się, żeby złapać jakiś transport do domu. Próbując zapomnieć o zaliczeniach, opóźnionych pociągach, minusowych temperaturach i śniegu, który utrudnia dotarcie na uczelnię, odstresowuję się słuchając Sukima Switch (スキマスイッチ). Jeden z moich ulubionych zespołów z kraju, którego język przyszło mi zgłębiać. Muzyka oscylująca na granicy popu i jazz-rocka w wykonaniu tego sympatycznego duetu jest dla mnie porządna dawką energii. Piosenki Sukima Switch były wykorzystywane w japońskich filmach, grach nintendo i anime, a ja je po prostu lubię za mega-pozytywny przekaz (jak mawia moja współlokatorka), a sam zespół za ciekawy image. Jeśli ktos miałby ochotę posłuchać, to zapraszam, chociażby po to, by móc się przekonać jak melodyjnym językiem jest japoński. (przetłumaczone tytuły piosenek są linkami) ゴールデンタイムラバー(czyli Golden Time Lover) - obecnie mój number one. :) A tu coś w spokojniejszych klimatach - ボクノート, czyli "Mój notatnik". A na koniec ガラナ (Guarana), piosenka z bardzo pozytywnym przekazem. Kiedy mam wrażenie, że dany dzień się już nie wybroni, a na moim prywatnym niebie zawisły ciemne chmury, czasem sobie nucę: 昨日と今日が雨ならば明日はきっと晴れ渡るや, bo przecież nawet "jeśli wczoraj i dziś jest deszczowo, to jutro będzie słonecznie", prawda? :)
sobota, 02 stycznia 2010
...a ja bez wielkiego żalu pożegnałam stary. Pod wieloma względami był to chyba najgorszy rok mojego życia, ale przyniósł też trochę dobra. Ci z Was, którzy czytają moje zapiski od początku, lub niemalże od początku, wiedzą, że przez ostatnie parę lat co roku moje życie dość znacznie się zmienia, dlatego też z pewną ciekawością spoglądam w przyszłość, choć staram się bez specjalnych oczekiwań. Jakikolwiek by ten miniony rok nie był wredny, to jednak pod wieloma względami dowiedziałam się nowych rzeczy o sobie. Po pierwsze wiem, że mam w sobie znacznie więcej siły, niż mi się wydawało. Po drugie wiem, że z wielu rzeczy nigdy nie wyrosnę, a czas nie przynosi zapomnienia, może tylko sprawia, że w mojej głowie jest więcej dobrych wspomnień, a te złe się pod jego wpływem rozmazują. Po trzecie, że najkrótsza i pozornie najprostsza droga do celu, niekoniecznie musi być tą naszą. Po czwarte, że o marzenia naprawdę trzeba walczyć, choć nie znaczy to, że nasza walka przyniesie rezultaty. I wreszcie, że potrafię się poczuć jak w domu w miejscu, w którym nie mieszka ani moja rodzina ani moi przyjaciele, i to chyba największa niespodzianka minionego roku. Nie oznacza to, że w Smoczym Mieście nie czuję się już jak w domu. Można powiedzieć, że zyskałam drugi dom i drugie życie. Drugi dom, który może nie jest idealnym miejscem do życia, w którym piecyk w łazience co chwilę gaśnie, drzwi od piekarnika skrzypią jak w azjatyckim horrorze, ze zlewem często zawalonym brudnymi naczyniami, do pozmywania których nikt nie wykazuje specjalnego entuzjazmu, ale za to do którego wracając mogę powiedzieć "ただいま!"* i usłyszeć "お帰り!"**. Drugi dom będący miastem, gdzie mieszkają ludzie, z którymi lubię przebywać, rozmawiać i dzielić te wszystkie górki i dołki dnia codziennego. W Nowym Roku pragnę Wam zatem życzyć, aby przyniósł on Wam dużo siły do stawania w szranki z życiem, do realizacji marzeń, do wychodzenia z każdego głębszego czy płytszego dołka, czasu mądrze wykorzystanego, lepszego poznania siebie i domu, do którego z radością będziecie codziennie wracać. 新年明けましておめでとうございます!(Shinnen akemashite omedetou gozaimasu!) ------------------------------------------------------------------------------------------------------------- * ただいま! (tadaima) - jestem spowrotem (w domu)! ** お帰り! (okaeri) - witaj w domu!
środa, 23 grudnia 2009
Aby poczuć choć odrobinę światecznej atmosfery, musiałam wrócić do domu. Nowe to uczucie dla mnie: powracanie do domu. Niniejszym zatem otwieram kącik składania życzeń. :) A Wy pomyślcie sobie o jednej rzeczy, której bardzo, bardzo byście sobie teraz życzyli. Zamknijcie oczy i... tego właśnie ja Wam życzę na te Święta. :) A poza tym, oczywiście tradycyjnie: zdrowia, rodzinnego ciepła, smacznych potraw na wigilijnym stole, mało przedświątecznej krzątaniny, za to duuużo odpoczynku. メリークリスマス! P.S. Specjalne podziękowania ślę Chiarze, Chihiro i Invitadzie, od których kartki już do mnie doszły. Dziękuję Dziewczyny za ten miły znak pamięci! :))
niedziela, 13 grudnia 2009
Kiedy twoja współlokatorka od dwóch godzin ucina sobie poobiednią drzemkę, a ty się przebijasz przez kolejną setkę słówek, masz wrażenie, że karma się od ciebie odwróciła. Teraz już wiem, czemu jednym z ważnych pytań na egzaminie wstępnym, było pytanie o motywację do studiowania tego kierunku... Taaa... Tylko czy ja jeszcze pamiętam, co ja wtedy odpowiedziałam?... ;) Święta już niemalże na wyciągnięcie ręki. Czujecie je w powietrzu? Ja obecnie niespecjalnie. Nic to, głowa do góry, kolejna kawa paruje przede mną i kolejne 10 stron gramy do przeanalizowania też. Wiem, że zaniedbuję życie blogowe, może w przyszłym tygodniu się odwróci, wszak wykładowcy też czują zbliżające się Święta, nie? :)
niedziela, 06 grudnia 2009
...dokładnie, jak powinna wyglądać przyjaźń. Nie stawiam żadnych definicji, żadnych granic jej początku, czy też końca. Ale wiem jedno: kiedy ta druga osoba wręcza ci dwie pary ciepłych skarpet ze słowami "mówiłaś, że nogi ci marzną na mieszkaniu w Poznaniu", to przez dłuższy moment brakuje mi słów, a w gardle czuję tą znajomą grudkę wzruszenia, która uniemożliwia wypowiedzenie wszystkich tych uczuć na głos...
niedziela, 29 listopada 2009
Festiwal Filmy Świata świętuje już piątą edycję w Polsce, a w tym roku filmem otwierającym całą imprezę było "Gorzkie mleko" ("La teta asustada"). Byłam bardzo ciekawa tego peruwiańskiego obrazu, w zasadzie od momentu, kiedy usłyszałam, że wygrał tegoroczne Berlinale. Zatem cieszę się niesamowicie, że i do Polski w końcu zawitał. Film rozpoczyna się śpiewnym dialogiem matki z córką. Przepiękny śpiew, którego można by słuchać godzinami, gdyby nie bolesne słowa. Po raz kolejny matka opowiada ze szczegółami, jakiej przemocy doświadczyła podczas starć, które miały miejsce w latach 80-tych, kiedy to straciła męża, a sama stała się ofiarą wielokrotnych gwałtów. W tym też czasie narodziła się jej córka, Fausta, główna bohaterka opowieści Claudii Llosy, dorosła już dziewczyna, która nosi w sobie paraliżujący strach przed otaczającym ją światem. Zgodnie z peruwiańskimi wierzeniami, ofiary przemocy karmią swoje dzieci owym "gorzkim mlekiem", które wypełnia ich piersi cierpieniem i melancholią. Fausta boi się wychodzić na ulicę, a kiedy już jest do tego zmuszona, przemyka pod ścianami domów, aby nie stać się ofiarą złych duchów. Z otaczającym ją światem najchętniej porozumiewa się za pomocą wymyślonych piosenek. Żyje też nieustannym strachu przed tym, że sama stanie się ofiarą gwałtu, a sposób w jaki stara się temu zapobiec, żywo mi przypomniał sposób ratowania siostry Antka z noweli Prusa, kiedy to osiągnięto efekt odwrotny od zamierzonego. Kiedy matka Fausty umiera, dziewczyna zostaje niemalże sama, gdyż jej jedyną rodziną jest wuj, zawodowo zajmujący się organizacją wesel, a obecnie pochłonięty organizacją tego najważniejszego - swojej własnej córki. Dziewczyna sama musi zatroszczyć się o pieniądze na transport zwłok matki na wieś, gdyż tam chce dokonać pochówku. Wciąż pełna lęku podejmuje pracę w domu bogatej pianistki, próbując w ten sposób zgromadzić potrzebne fundusze. Właścicielka, która podsłuchała piosenki Fausty, proponuje jej pewien układ - za każdą piosenkę, którą jej zaśpiewa, otrzyma jedną perłę z jej naszyjnika. Dziewczyna przystaje na ten układ, aby przyspieszyć pochówek matki. Powoli obserwujemy jak dzięki muzyce i znajomości ze starszym ogrodnikiem, Fausta przełamuje barierę strachu, jak otwiera się na otaczający ją świat i zaczyna samodzielnie po nim stąpać. Nie będę ukrywać, że film zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Po pierwsze za sprawą cudownej muzyki, którą jest przepełniona niemalże każda minuta filmu, a te momenty, w których panuje cisza, są znaczące w swej wymowie. Postać głównej bohaterki również mnie urzekła. Sposób w jaki reżyserka pokazała jej powolną przemianę, odrzucanie kolejnych łupin pod którymi kryło się tyle bólu i cierpienia, był niezwykle poruszający. Scena, w której główna bohaterka ze łzami w oczach śpiewa swej pracodawczyni piosenkę jej matki o syrenie, również i mnie wycisnął łzy z powiek. Czarny humor jest też umiejętnie wpleciony w ten obraz filmowy, chociażby w scenie, w której Fausta szuka trumny dla matki, czy w rozmowie wuja z córką odnośnie długości welonu ślubnego. Czasami naprawdę nie wiedziałam, czy wybuchnąć śmiechem, czy po prostu załamać ręce i nie tylko ja znajdowałam się w takim dylemacie patrząc po reakcjach innych osób na widowni. Przyglądając się peruwiańskim ceremoniom ślubnym również odnosimy wrażenie, że znaleźliśmy się w jakimś kiepskim kabarecie, gdyż na tle rozpadających się budynków, ustawiane są wystawne dekoracje, trącące kiczem i polskim powiedzeniem "zastaw się, a postaw się". Muszę też wspomnieć o postaci ogrodnika, postaci co prawda pobocznej, ale wprowadzającej dużo ciepła do całej historii. Jest to też postać jakby najbardziej obiektywna i mądra w swych ocenach. Z jednej strony mamy rodzinę Fausty, która tłumaczy sobie strach dziewczyny chorobą "gorzkiego mleka" i pozostawia ją samą sobie, z drugiej strony mamy racjonalnych lekarzy, którzy poza niezbędną pomocą medyczną również nie ingerują w zaściankowość poglądów swoich pacjentów. Na tym tle reżyserka stawia ogrodnika, który wyrażając proste prawdy życiowe, stara się po prostu pomóc dziewczynie w sposób subtelny, nie narzucając się swą osobą. Film Claudii Llosy jest tak wielowarstwowy, pełen niuansów, że nie pozwala się jednoznacznie zinterpretować. Dla mnie to film o sile ducha, która pozwala pokonywać w nas to, co jest ograniczające. Pokazuje, że człowiek jest nieraz silniejszy niż mu się samemu wydaje. Do polskich kin ma podobno zawitać na początku przyszłego roku. Ja mam nadzieję ujrzeć go na DVD, gdyż jest to jeden z tych obrazów, do których chciałabym móc wracać tak często, jak tylko miałabym na to ochotę.
|
Archiwum
Zakładki:
Email
Odwiedzam
Skorzystałam z
Ścieżki i szlaki
Zaczęło się tu
|